Często spotykam ludzi (i sam czasem też na tym się łapię), którzy czekają na ten jeden, wielki sukces. Myślimy: „jak już to się wydarzy, będzie przełom w karierze”, „może ta jedna rzecz mnie wybije”, „jak osiągnę ten cel, to będę szczęśliwy czy szczęśliwa”. I tak odkładamy satysfakcję na wieczne kiedyś, bo wydaje się, że dopiero ten wielki moment przyniesie wszystko, czego nam potrzeba do szczęścia. W praktyce sami wpychamy siebie do pułapki, ponieważ to czekanie na wielkie „wow” zazwyczaj prowadzi to do frustracji albo do wypalenia.
Dlaczego? Bo nie umiemy cieszyć się z drogi, która naprawdę nas tam prowadzi.
Zamiast czekać na sukces, warto zacząć doceniać efekt małych zwycięstw. To umiejętność zauważania i doceniania drobnego progresu, który dzieje się na co dzień. To świadomość, że każdy mały krok przybliża Cię do celu i to już jest powód, żeby się cieszyć. Ruszasz się – i to się liczy.
Zrobisz mały krok w swoim celu, dodasz wpis na bloga, pójdziesz na siłownię, wybierzesz schody zamiast windy, zjesz zdrowy posiłek, wygospodarujesz 10 minut na relaks albo spędzisz dobry czas z rodziną. Każda z tych rzeczy to twój codzienny rozwój. To nie musi być nic spektakularnego. Ale to jest Twój 1% progresu. A jak codziennie stajesz się choć trochę lepszą wersją siebie, to nagle po miesiącu, kwartale czy roku widzisz, że jesteś daleko dalej niż wtedy, w momencie startu. Moim małym sukcesem, na przykład, jest każdy dodany wpis na bloga. Odkąd postawiłem sobie za punkt regularność, każdy tekst to moje mikro-zwycięstwo.
Dlaczego to działa?
Małe zwycięstwa mają w sobie coś z procentu składanego. Jeśli w finansach do kapitału co chwilę doliczasz odsetki, to rośnie on coraz szybciej. Takk samo jest w rozwoju. Dziś jesteś na poziomie A. Jutro – na poziomie A + A x 0,01. Za tydzień już na A + A x 0,07*. A potem okazuje się, że rozwijasz się szybciej, łatwiej i lżej, bo korzystasz z kapitału, który już zbudowałeś.
Małe sukcesy są fundamentem motywacji.
Gdy widzisz postęp – nawet minimalny – chcesz więcej. Masz w sobie więcej cierpliwości, zaczynasz planować realistycznie, jesteś odporniejszy/odporniejsza psychicznie, Zaczynasz rozumieć, że każde niepowodzenie to tylko jeden element w całym procesie, a nie katastrofa.
Zamiast czekać na perfekcyjną chwilę, codziennie wieczorem możesz wypisać trzy drobne rzeczy, które się udały. Znasz ten moment, kiedy myślisz: „to przecież nic takiego”? To właśnie jest bagatelizowanie progresu. Nawet jeśli to nie była rewolucja, liczy się, żeby odnotować te małe triumfy – zarówno w pracy, jak i życiu prywatnym. To mogą być takie rzeczy jak napisanie trudnego maila, zdecydowanie się na rozmowę, zakończenie jakiegoś mini-zadania, wybranie lepszej opcji podczas zakupów. Nawet w najmniejszym wysiłku tkwi wartościowy progres.
Świętowanie tych mikro-sukcesów też ma znaczenie. Możesz od czasu do czasu celebrować je w fajny sposób – pójść do restauracji, podzielić się radością z bliskimi, albo po prostu dać sobie chwilę pochwały. Ważne, by otaczać się ludźmi, którzy dostrzegają Twój postęp i potrafią go docenić. To buduje poczucie sprawczości, przekłada się na zmianę perspektywy: z „niewystarczający/a” na „jestem krok dalej”.
Na koniec pamiętaj – sukces to proces. Zostawiam Cię z pytaniem: co wczoraj udało Ci się osiągnąć?